.:STRONA GŁÓWNA:.              .:CZYTELNIA:.              .:DOWNLOAD:.
TEMAT NA CZASIE: MEDIA  

Good night and good luck!

Przeżywamy to co jakiś czas, i to zawsze w okresach krzepnięcia nowej władzy, zawsze na początku jej kadencji. To okresy, kiedy niektórym ludziom powołanym do sprawowania najważniejszych funkcji w państwie zaczyna się wydawać, że ich omnipotencja nie zna granic. Ta chwila – dłuższa lub krótsza – jest typowa dla każdej ekipy od 15 lat. To zaczadzenie władzą ma jeden charakterystyczny element: nieumiejętność przyjmowania krytyki. W mentalności polityków jest coś takiego, co każe im stawać do walki z każdym, kto ma czelność mieć inne poglądy i je głosić.

Część ludzi władzy ma chroniczną skłonność do obrażania się na krytykę i nie potrafi przyswoić prawdy, że czwarta władza (media), ma realny wpływ na bieg wydarzeń na ich podwórku. Wściekłość podsyca to, że czwarta władza (media), poza zapisami o wolności słowa w Konstytucji, nie ma praktycznie żadnego ustawowego umocowania w przepisach prawa, tak jak to ma miejsce w przypadku władzy ustawodawczej (sejm), wykonawczej (rząd i samorządy) oraz sądowniczej. A więc część klasy politycznej uważa, że istnieją warunki do podporządkowania sobie mediów i ograniczenia ich wpływu na sferę rządzenia.

Nie uświadamianie sobie roli i znaczenia mediów jako istotnego ogniwa kontroli społecznej w demokratycznym państwie prawa nieuchronnie prowadzi do konfliktu z nimi i zawsze do porażki. Media są postrzegane przez świat polityki, a przynajmniej przez sporą jego część, jako zagrożenie, jako źródło wszelkiego zła, nieuzasadnionej krytyki i element „układu”, za którym stoi wrogi Polsce, zagraniczny kapitał. Ta fobia – często przykrywająca nieczyste sumienie lub zamiary - jest dziedziczona w elitach władzy z pokolenia na pokolenie. Spora część ludzi je tworzących nie rozumie, że one same – w przypadku uzyskania społecznego mandatu do sprawowania realnej władzy – ma za zadanie przede wszystkim SŁUŻYĆ społeczeństwu. I to samo dotyczy roli mediów. Dziennikarstwo jest SŁUŻBĄ.

Obejrzałem kilka tygodni temu amerykański film opowiadający historię walki dziennikarzy telewizyjnej sieci CBS z komunożercą lat 50. senatorem MacCarthym. W wyniku histerii wywołanej przez tego polityka na społeczeństwo amerykańskie padł blady strach, a oaza demokracji i praw człowieka, za jaką uchodzą USA, była w połowie ubiegłego stulecia po prostu fatamorganą. W wyniku nagonki oraz pomówień tysiące ludzi traciło pracę i było szykanowanych z powodu, jakże często nieuzasadnionych podejrzeń o prokomunistyczne sympatie. Tylko w wyniku działania odważnej, nie dającej się zastraszyć, grupki dziennikarzy senator MacCarthy zniknął w niesławie z politycznej sceny. To właśnie w mediach znaleźli się ludzie pióra, mikrofonu i kamery gotowi bronić praworządności, prawa do wolności słowa i poglądów oraz ich głoszenia. To właśnie dzięki dziennikarzom i wydawcom CBS, a także politykom rozumiejącym fundamentalne znaczenie dla demokracji zasady wolności słowa Ameryka zatrzymała się wpół drogi do państwa totalitarnego. To także dlatego i w naszym kraju okresu transformacji światło dzienne ujrzało setki afer również z udziałem polityków różnej maści.

W dzisiejszej dobie błyskawicznie rozwijająca się technologia informatyczna, wyposażyła media, a zatem i społeczeństwo w oręż, któremu nie jest łatwo się przeciwstawić. Rzecz w tym, że każdy, kto chce stawać do boju z dziennikarzami wykonującymi swą służbę polegającą na rzetelnym informowaniu społeczeństwa o kulisach władzy – stawia się na pozycji przegranego. Dlatego, że w ten sposób sam rezygnuje z postawy służebności wobec społeczeństwa. Okazywanie pogardy dziennikarzom, których zadaniem jest odsłaniać i krytykować ciemne sprawki lub głupotę ludzi zaczadzonych władzą, jest niczym innym jak okazywaniem pogardy społeczeństwu. Tego starcia politycy nigdy, chyba że przy pomocy stanu wojennego, a i to na krótko, jak uczy nas najnowsza historia, nie są w stanie wygrać. Zawsze okazuje się, że to media – dopóki nie mają związanych rąk - reprezentują społeczeństwo, w realizacji jednej z podstawowych jego potrzeb: swobodnego dostępu do informacji i jej interpretacji.

„Goog night and good luck” – te słowa pożegnania padające zawsze na koniec cyklicznej audycji, która doprowadziła do upadku senatora MacCarthy’ego, powinny złowieszczo brzmieć w uszach ludzi zaczadzonych władzą. Wielu polityków pytało mnie, kto stoi za „Euroregionami-Polska”. Części z nich w głowach się nie mogło się pomieścić, że... nikt. Że gazeta może się utrzymywać i odnosić na swoją miarę sukcesy bez wsparcia podejrzanego kapitału i tajemniczych mocodawców. Że sukces może być wynikiem pracy czyichś szarych komórek, ogromu wysiłku oraz poświęcenia. Że jedyną opcją polityczną, która obowiązuje w redakcji może być opcja rozumu, a nie powiązań partyjnych, z tajnymi służbami, czy podejrzanym światem biznesu. Że można mieć obrzydzenie do propagandy klęski, która dyskredytuje osiągnięcia milionów ludzi w ostatnim 15-leciu, na której to nucie zwykło się w RP wygrywać wybory. Że ktoś może mieć czyste intencje, choć sam fakt ich posiadania już jest podejrzany.

Zaczadzenie jest trucizną rozlewającą się po całym kraju. Z dziennikarzami boją się rozmawiać prezesi firm z udziałem skarbu państwa, co zresztą wskazuje na to, jak bardzo konieczna jest ich dalsza prywatyzacja, by o wolności słowa także w gospodarce można mówić bez przekąsu i szyderstwa. Te chwile zaczadzenia jednak mijają, ale nie z powodu, że świat polityki nagle mądrzeje i zaczyna dostrzegać absurdalność walki z podstawowym filarem demokracji, jakim są wolne media. Mijają tylko dlatego, że część polityków walcząc z mediami, a w konsekwencji z demokracją, po prostu traci. Ten rachunek zysków i strat powoduje, że zmienia się ich stosunek do mediów, zaczynają zabiegać o ich względy tym bardziej po psiemu, im bliżej do kolejnych wyborów. Ale czy to oznacza, że tendencje do zamordyzmu nikną? Nic podobnego. Po kolejnym zwycięstwie część herosów znów otuli mgła zaczadzenia. Jak było widać po ostatnich wyborach przeżyć porażkę nie jest łatwo. Dziś widać jak na dłoni, że o wiele trudniej umieć przeżyć sukces. Good night and good luck!

Jacek Broszkiewicz

  Zobacz również  
Rządzić znaczy służyć | Władza (2) | Aż po uszy | Potrzeba zrównoważonego rozwoju | From... Holland? | Kariera naukowa(2) | Ekolaury PIE 2006 | Wykorzystana szansa | Mocną kobiecą ręką | Na co, dla kogo? | Współpraca transgraniczna w Polsce i Europie | Magia miejsca | Jest rzeka! | Geoinformatyka | Krystyna Bochenek: Być kobietą w polityce | Nadzieje i wyzwania | Optymizm mimo wszystko | Bezpiecznie, czysto, zdrowo | Tatrzańskie mosty | Bitwa o pozycję | Scementować znaczy polepszyć | Bielsko-Biała inwestuje | Dylematy zarządzania | Zewrzeć szeregi | Jak przeżyć wakacje?
KOMENTARZE

SKOMENTUJ!

 

jeśli chcesz, aby Twój e-mail był aktywny usuń tekst wpisany w pole formularza

wstecz
Euroregiony Polska [53/54 2006] do góry