|
W naszym parlamencie, a i w rządzie również, pojawiają się nierzadko postacie jak deus ex machina, mało znane lub w ogóle nieznane szerszemu ogółowi, natomiast działające w występujących na arenie politycznej partiach, które też nie są liczebnie duże. Dlatego zwracają uwagę osoby spoza istniejących ugrupowań, z bogatym bagażem doświadczeń w działalności publicznej, zawodowej, naukowej, już wcześniej znane
i popularne, które elektorat ceni, lubi i chętnie przy ich nazwisku stawia na liście wyborczej swój krzyżyk. Redaktor Krystyna Bochenek w wyborach do Senatu procentowo zdobyła najwięcej głosów w kraju.
Bo kto nie zna redaktor Krystyny Bochenek? Dziennikarka Polskiego Radia w Katowicach znana jest z telewizji,
z łamów gazet i czasopism, z programów i artykułów o zdrowiu, a przede wszystkim z niezwykłych, cieszących się masowym zainteresowaniem pomysłów.
Jej autorstwa jest słynne DYKTANDO, które co roku wyłania Mistrza Polskiej Ortografii. Tekst dyktanda, pełnego pułapek, tysiące ludzi po cichu sobie pisze, sprawdzając swoją znajomość zawiłości ortografii naszego języka.
Wymyśliła IMIENINY KRYSTYNY, w czasie których wspólnie i ciekawie obchodzą swoje święto imienniczki znane i zupełnie nieznane. Upomniały się nawet o swoje również Bożeny, obchodzące imieniny tego samego dnia. Wymyśliła aukcję na cel charytatywny... krzeseł, ofiarowanych przez znanych ludzi i pomalowanych przez znanych malarzy. Wymyśliła wiele rzeczy, gdyż jest osobą wyjątkowo kreatywną.
Gdyby Krystyna Bochenek żyła np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie wynagradza się pomysły, wartości intelektualne i docenia własność intelektualną, mogłaby spokojnie siedzieć w domu, coś wymyślać i z tych pomysłów dobrze żyć. Bo pomysł to jest wynalazek! U nas wymyślanie czegoś nowego czy niezwykłego nie jest uważane ani za pracę ani za osobistą własność. Ale coś niecoś jednak i do nas dociera. Dyktando znalazło wielu naśladowców. 10 lat temu Krystyna Bochenek Dyktando opatentowała. Ma na to państwowy patent.
– Trudno było się z Panią Senator umówić. Jest Pani osobą bardzo zajętą.
– Owszem. Dopiero co wróciłam z Radomia, gdzie byłam
w związku z odsłonięciem pomnika Jana Kochanowskiego – obchodzimy właśnie jego rok – i wydarzeniami radomskimi, dziś jadę służbowo do Gdańska na Festiwal Sztuki. Kalendarz obowiązków mam rzeczywiście szczelnie zapełniony. W Senacie mam wielki zaszczyt kierować Komisją Kultury i Środków Przekazu. W związku z tym mam dwa biura senackie – jedno w Katowicach, drugie
w Warszawie. Przez to warszawskie przechodzą już w skali krajowej szeroko rozumiane sprawy kultury, sztuki i mediów, ja planuję posiedzenia Komisji, konferencje wyjazdowe, prowadzone są prace legislacyjne, utrzymuję kontakty ze środowiskami twórczymi.
Przyszłam do Senatu z zamiarem, by rok 2006 uczynić Rokiem Języka Polskiego. Ta myśl znalazła poparcie innych członków Komisji, np. pana Kazimierza Kutza, słynnego Krzysztofa Piesiewicza, który razem z Kieślowskim tworzył „Dekalog”, pana Krzysztofa Cugowskiego. Jeszcze
w ub. roku dokonane zostały procedury, konieczne do podjęcia takiej uchwały, która obecnie skutkuje wieloma wydarzeniami w kraju, m.in.
w październiku odbędzie się w Katowicach Festiwal Języka Polskiego, który połączy Dyktanto i wybór Mistrza Polskiej Ortografii z wyborem najpiękniej mówiącego Polaka, znakomitego mówcy. Planuję debatę publiczną w Sejmie na temat uproszczenia języka legislacji, który jest zagmatwany i trudny i, szczerze mówiąc, dla mnie jako senatora, który nie jest prawnikiem, mało czytelny a co dopiero dla pana Kowalskiego czy Nowaka, który ma problemy z alimentami, prawem drogowym czy innym! Podstawową funkcją prawa jest jego komunikatywność, Gdy prawo jest niezrozumiałe dla ogółu, traci ono tę funkcję.
– Pasją Pani Senator i jako dziennikarki i jako parlamentarzystki jest język polski, który zwłaszcza obecnie jest zagrożony. Używany byle jak, pełen wulgaryzmów
a także, niestety, w wydaniu wielu polityków, którzy występują przed kamerami, po prostu psuty, że wymienimy chociażby te słynne „robiom, idom, jadom” itd.
– Język polski należy chronić jako dobro narodowe, jako ważny składnik tożsamości narodowej. W Unii Europejskiej 8 proc. ludności mówi po polsku, tyle samo co po hiszpańsku
w Europie. To dużo! Jesteśmy piątym językiem w Unii. Powinniśmy brać przykład z Francuzów, którzy bardzo restrykcyjnie chronią swój język. Wobec globalizacji języki narodowe rzeczywiście są zagrożone. My po polsku myślimy, po polsku się modlimy, po polsku wychowujemy dzieci.
I tak powinno zostać.
– Czy bardziej czuje się Pani dziennikarzem czy senatorem?
– Trudne pytanie. Moje życie w parlamencie tak bardzo nie różni się od życia, gdy byłam tylko dziennikarzem. Wówczas tak samo rozmawiałam z wojewodami, uczonymi, prezydentami i ministrami, wiele wydarzeń organizowałam
i obcy mi jest szok, jaki dla wielu osób łączy się z byciem posłem czy senatorem, z awansem społecznym. Zaufanie, jakim mnie obdarzono i które mnie bardzo cieszy, stanowi zarazem duże obciążenie, gdyż rozumiem swoją pracę w Senacie jako wielkie zobowiązanie społeczne. Mimo wielu obowiązków staram się jednak nie tracić kontaktu z moim zawodem.
– Czy IMIENINY KRYSTYNY to tylko zabawa?
– Dziękuję za to pytanie. Nie tylko zabawa. Sama nazwa wskazuje, że to jest coś łatwego, lekkiego i przyjemnego. Natomiast istotą tych spotkań, które zrodziły się z nagrań radiowych ze znanymi imienniczkami, najpierw to były rozmowy, potem książeczka, potem promocja tej książki, pierwsze spotkanie i to miał być koniec, polega na tym, że zrodził się ruch społeczny, nierejestrowany nigdzie, nad którym praca moja, absolutnie społeczna daje mi olbrzymią satysfakcję. Razem z dyrektor Teatru Śląskiego Krystyną Szaraniec, z dyrektor „Turysty” Krystyną Papiernik i innymi Krystynami staramy się po prostu dać radość tym kobietom, które na co dzień mają zwykłe, szare, codzienne polskie życie. Ponieważ mamy
w sobie więcej może energii czy przebojowości więc przerodziła się ta inicjatywa we wspaniałe działanie na rzecz innych ludzi, którzy są tego spragnieni. Ten ruch, który nie jest partią, który nie jest nawet formalnym stowarzyszeniem skupia teraz prawie tysiąc kobiet z całego kraju. Kobiet, które wyszły poprzez to pojednanie imieninowe ze swojej anonimowości, które raz w miesiącu albo raz na 6 tygodni we Wrocławiu, Kielcach, Katowicach itd. spotykają się wspierając się swoimi własnymi życiowymi doświadczeniami i pomagając sobie wzajemnie, które np. na Śląsku, gdzie jest ponad 100-150 Krystyn uczestniczącym w tym ruchu, regularnie chodzą – a nie robiły tego dotąd - do teatru i które raz do roku dzięki tej inicjatywie mają szansę poznać nasz kraj, jadą nad morze, często po raz pierwszy w życiu, widziałam osobiście panią, która oglądając piasek nad morzem miała łzy w oczach
a staramy się, aby te wyjazdy były jak najtańsze i na każdą kieszeń...Te kobiety nigdy w życiu by nie zobaczyły Teatru Śląskiego, kurtyny Siemiradzkiego, Piwnicy Świdnickiej we Wrocławiu czy auli poznańskiego Uniwersytetu im. Mickiewicza itd. nie miałyby pięknych, stylowych zdjęć w sepii zrobionych przez słynna artystkę fotografik panią Janinę Nasierowską... Tak kalkulujemy te wyjazdy aby każda z pań była
w stanie za nie sama zapłacić, a nawet wypić kieliszek wina u Wierzynka. Wiele pań przez cały rok zbiera po 10-15 zł do wspólnej kasy by móc raz w roku wyjechać. Dla wielu pań jest to święto i zamiast brać leki na depresję cieszą się perspektywą wyjazdowych przeżyć. Wymieniają się adresami, panie z Podbeskidzia jadą nad morze a te z Gdańska w góry. Wymieniają się przepisami na ciasta. Media – rozumiem to, bo sama jestem dziennikarzem – pokazują te najbardziej znane Krystyny: Sienkiewicz, Czubówną, Loskę ale ten ruch nie jest elitarny ma służyć konsolidacji i wspólnocie kobiet nie pozbawionych kłopotów dnia codziennego. Niektóre potraciły pracę, poumierali im czasem mężowie, są niekiedy chore i te Imieniny są dla nich radosnym momentem roku. I nie chcą z tego za żadne skarby zrezygnować! Kiedy powiedziałam - dziewczyny, nic nie może wiecznie trwać, może skończymy, to one mówią - Krysiu, bo my wszystkie jesteśmy na ty, nie odbieraj nam tej odrobiny radości w życiu. Mają okazję poznać znane lokalne i stołeczne osobistości, zawsze podejmuje nas prezydent miasta, robią sobie zdjęcia. Kiedy dzwonię organizując kolejne imieniny do prezydentów nie jako senator, nie jako redaktor ale jako Krystyna Bochenek i mówię w imieniu dziewczyn, które nie mają żadnej pieczątki, o co chodzi, to wszystkie drzwi się otwierają! Wojskowe orkiestry nam grają za darmo, wszyscy są życzliwi. Tej radości Krystyn po prostu nie da się opisać. A dla mnie jest to jedno z moich większych spełnień w życiu, że mogę innym ludziom dać radość.
– A tymczasem patrząc po ławach poselskich
i rzdowych tak dużo kobiet, to się nie widzi.
– Jest nas mało. W porównaniu z Europarlamentem różnica na naszą niekorzyść jest bardzo wyraźna, również w porównaniu z innymi parlamentami europejskimi. W poprzedniej kadencji senackiej było 25 kobiet, czyli 25 proc. i kobiety były widoczne. W tej kadencji jest tylko 13 kobiet w Senacie. Ja myślę, że kobiety wciąż nie są na tyle odważne, by startować do takich godności. Ja sama gdy po raz pierwszy stanęłam do wyborów spotykałam ludzi, którzy mi mówili: trzymamy za pania kciuki, gratulujemy, że się pani zdecydowała, że pani się odważyła. Mnie to nawet jako dziennikarza zastanowiło, tym bardziej, że nawet w sklepach znajome ekspedientki mi mówiły: wie pani jakie my jesteśmy dumne, że pani się zdecydowała. Widać jest coś w kobietach, co hamuje. Kobiety są bardzo odpowiedzialne, kobiety mają w sobie dużą dozę konsekwencji działania, odpowiedzialności za podejmowanie wyzwań.
I myślę, że mają przez to ograniczenia, samoograniczenia. Bo mężczyźni chcą robić karierę, mężczyzna może być dyrektorem, prezesem, ministrem, kimkolwiek a kobieta jako opiekunka ogniska domowego, jako matka dzieciom ona chce wszystko zrobić dobrze i odpowiedzialnie, ona się nagle boi. Myśli – gdzie ja tam do tych marmurów, do tych kopuł, do tego Sejmu, ci obcy panowie, w tych garniturach, ta telewizja, gdzie ja tam do tego. To nie jest dobrze. Ja obserwuję moje koleżanki w Senacie obecnej czy poprzedniej kadencji i widzę, że one sobie bardzo dobrze dają radę. Tylko trzeba przejść te barierę własnego samoograniczenia tzn. pomyśleć sobie: jeśli pracowałam, byłam szanowaną osobą w pracy, robiłam dobrze swoje zadania, odpowiadałam za mały zakład czy za duże przedsiębiorstwo i szłam drogą swojego własnego rozwoju to dlaczego nie? Działalność publiczna, działalność polityczna nie jest dla nadludzi. To jest też dla ludzi. Tak samo jak być radnym, jak być posłem czy senatorem. Przecież ci ludzie nie mają jakiegoś namaszczenia od sił wyższych. Oni mogą startować
a ty nie możesz? Działasz, pracujesz, jesteś szanowana, możesz bez wstydu sobie spojrzeć w lustro, to dlaczego nie masz spróbować? Oczywiście mężczyźni zawsze będą przeważać, np. na 12 komisji senackich tylko dwóm przewodniczą kobiety, ale proporcje powinny się zmieniać jeśli nie wyrównywać gdyż czynnik kobiecego spojrzenia, dokładności, odpowiedzialności, również pracowitości jest w reprezentacji narodu, który składa się i z mężczyzn i z kobiet, nawet z lekką przewagą tych ostatnich – również w wykształceniu! – wskazywałby na potrzebę większego udziału w życiu publicznym kobiet i to bez sztucznych parytetów. Pod warunkiem, że kobiety same nie będą przed soba stawiały barier i nie godziły się, nawet z radością, na rolę co najwyżej zastępców głównych księgowych, dyrektorów i prezesów. Bo stać je na więcej.
– Zgadzam się w całej rozciągłości, gdyż w telewizji co dzień widzę wciąż tych samych kłócących się zajadle panów a jeśli pojawi się kobieta to dziwnie nagle i osobliwie znika. Poza tym kobiety potrafią na ogół bardziej dyskutowa o meritum sprawy, na której się znają a nie przekrzykiwać się. I są chyba bardziej bezinteresowne. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Ewa Wanacka
|