|
Z prof. dr hab. RYSZARDEM BOROWIECKIM – Rektorem Akademii Ekonomicznej
w Krakowie – rozmawia Jacek Broszkiewicz
– Rerum cognoscere causas et valorem – Poznawać przyczyny i wartości rzeczy. Tak zwięźle sformułowana misja przyświeca krakowskiej Akademii Ekonomicznej, którą Pan kieruje. Czy w dzisiejszym świecie to szczytne zadanie jest możliwe do realizowania? W świecie tak wielkich sprzeczności pomiędzy celami nauki, logiką, racjonalizmem i pragmatyką a światem polityki, którym rządzi priorytet niskich instynktów, arogancja i głupota?
– Nie tylko możliwe, ale celowe i konieczne. W tym układzie wzajemnych sprzeczności, z których część ma charakter obiektywny i naturalny, naczelnym zadaniem nauki jest wynajdywanie relacji pomiędzy zjawiskami i procesami gospodarczymi, opisywanie ich, definiowanie, po to, byśmy lepiej mogli poznać rzeczywistość, która nas otacza, i którą tworzymy. Maksyma, którą przywołał Pan w swym pytaniu przyświeca już od 1924 roku, powstałej na bazie Instytutu Towaroznawstwa Akademii Ekonomicznej w Krakowie i sądzę, że przystaje jak ulał do naszych czasów. Nie ograniczamy się do rozpoznawania przyczyn i wartości rzeczy, ale staramy się twórczo i sensownie wpływać na przyszłość polskiej gospodarki i nauk ekonomicznych. Dzisiaj życie ekonomiczne jest bardzo dynamiczne, i słusznie – za Peterem Druckerem – powszechnie uważa się, że jedyną pewną i stałą w nim rzeczą jest zmiana. Znajomość istoty rzeczy, procesów, które zachodziły w przeszłości pozwala mądrze i dynamicznie antycypować i kreować pewne zjawiska, dostosowywać się do burzliwej rzeczywistości ekonomicznej. Rolą ekonomisty we współczesnym świecie nie jest jedynie opisywanie otaczającej rzeczywistości, ale poznawanie jej i projektowanie. Niestety, arena, na której zachodzą globalne zmiany nie jest przeznaczona wyłącznie dla ekonomistów i to nie tylko oni odgrywają na niej główne role.
– Jesteśmy w połowie życia pokolenia, którego – jak sądzi wielu – trzeba całego, by dokonać w miarę trwałej transformacji ustroju ekonomicznego w Polsce. W jakim miejscu tej drogi znajdujemy się obecnie? Jak Pan ocenia relacje pomiędzy polityką , gospodarką a środowiskiem nauki w Polsce, także w kontekście procesów globalizacyjnych?
– Odpowiedzi na te pytania są bardzo trudne. Rzeczywistość jest odmiennie postrzegana przez przedstawicieli różnych pokoleń. To prawda stara jak świat. Wspomniałem wcześniej o konieczności zachowania ciągłego analitycznego spojrzenia na dynamikę i istotę zjawisk ekonomicznych. Oznacza to, że niedopuszczalne jest ignorowanie, zwłaszcza z powodów ideologicznych, osiągnięć polskiej ekonomii, przypadających na okres uważany obecnie za niesłuszny. Przedstawianie pewnych zjawisk i zdarzeń w ujęciu ahistorycznym prowadzi do jednostronnych, nieobiektywnych ocen i uogólnień. Niepokoi mnie od dawna skłonność, zwłaszcza w świecie polityki, do potępiania w czambuł wszystkiego co z obecnych pozycji ideologicznych wydaje się złe i szkodliwe. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w okresie transformacji ustroju politycznego i ekonomicznego ta skłonność jest czymś naturalnym, ale operowanie wyłącznie barwami czarno-białymi może prowadzić do kolejnych wypaczeń. Tak czynić nie wolno. Gdyby prowadzone od 1990 roku działania w tej niezwykle delikatnej, bo żywej tkance, jaką jest gospodarka, w większym stopniu opierały się na dorobku i wskazówkach płynących z badań naukowych i wniosków dotyczących funkcjonowania poprzedniego systemu, społeczne koszty transformacji byłyby o wiele niższe, a efekty rzeczowo-finansowe lepsze. Swoim studentom ciągle powtarzam, że Polska w bloku socjalistycznym była krajem wysoce nietypowym. W ramach obowiązującego wówczas systemu dokonywaliśmy wielu zmian, które gdzie indziej były nie do pomyślenia. Eksperymentowaliśmy. Ustawę o spółkach joint ventures uchwalono przecież w 1987 roku, a nie w 1991. W 1981 roku wprowadzono ustawę o przedsiębiorstwach państwowych, która w nasze jednostki gospodarcze starała się wprowadzić cechy właściwe przedsiębiorstwom naturalnym. Była w niej mowa o samodzielności, samofinansowaniu, ale polityka wtłoczyła w nią zapis o samorządności, która dla przedsiębiorstw kapitalistycznych jest nietypowa. W socjalizmie nie wolno było mówić o ryzyku gospodarczym, a spójrzmy na spisy biblioteczne z tych czasów – ile zachodnich pozycji poświęconych temu zagadnieniu w nich figuruje! Pisano u nas na ten temat prace doktorskie. W latach 60. w AE broniono doktoratów na temat gospodarki regionalnej, czyli zajmowano się tym, co obecnie jest oczkiem w głowie gospodarki rynkowej w Unii Europejskiej. Słynna zasada profesora Messnera, niesłusznie przypisywania premierowi Rakowskiemu, mówiąca, że wszystko co prawem nie zakazane jest dozwolone, jest kolejnym dowodem na to, że polskie akademickie środowiska ekonomiczne były twórcze i odważne w swych poszukiwaniach, a przy tym otwarte, chłonne wiedzy, śledzące postęp myśli ekonomicznej w świecie. Kadra menedżerska, na którą spadł ciężar wprowadzania zmian w gospodarce w latach 90. w lwiej części wywodziła się z tych właśnie kręgów i dawała sobie radę z tzw. terapią szokową. Słynna polska przedsiębiorczość i umiejętność adaptowania się do totalnie odmiennych realiów to nie tylko cecha genetyczna, ale przede wszystkim wyuczona w polskich uczelniach ekonomicznych. Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie jestem apologetą poprzedniego ustroju i nigdy nim nie byłem. Nie mam jednak zamiaru pozwalać niektórym „komandosom” współczesnej polskiej gospodarki na wmawianie społeczeństwu, że przed rokiem 1990 był tutaj tylko naukowy ugór, który trzeba dokładnie zaorać. Chociaż może to zabrzmieć niepoprawnie politycznie – uważam, że mimo wszystko mamy do czynienia z pewną ciągłością nauki i jej osiągnięć. Odrębną kwestią jest wrodzona niechęć świata polityki do sięgania po nie i umiejętnego stosowania w praktyce legislacyjnej i wykonawczej.
– Minęły 2 lata członkostwa Polski w Unii Europejskiej. W porównaniu z państwami tworzącymi jej struktury nasz kraj przeznacza skandalicznie niskie nakłady na naukę. Jak wytłumaczyć to zjawisko w epoce, w której wszyscy stawiają na społeczeństwa oparte o wiedzę i sławią tryumfy kapitału intelektualnego?
– Ta sytuacja jest bardzo przykra i kompletnie niezrozumiała. Każdy rząd i jego premier w swych exposée zapowiadają zwiększenie nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe. Gdyby dokonać głębokiej analizy nakładów na szkolnictwo wyższe, okazałoby się, że żaden inny sektor nie jest tak źle traktowany. W ciągu 15 lat te nakłady w ogóle nie wzrosły! To samo dotyczy nakładów na badania naukowe. Ciągle ten sam wskaźnik 0,5-0,6 procenta PKB lokuje nas na żenująco niskim miejscu w rankingu europejskim i światowym. Jest paradoksem, że wolę budowania gospodarki opartej o wiedzę deklarują ci ludzie polityki, których wiedza jest na bardzo niskim poziomie. Czy zatem należy się dziwić, że hasła pozostają tylko hasłami? Dochodzi do absurdów. Obecna ekipa rządząca tak często nawołująca do tradycji i dorobku II RP próbuje podcinać skrzydła współczesnej inteligencji twórczej, w tym i środowisku naukowemu, w ten sposób, że kwestionuje zasady wprowadzone właśnie w okresie międzywojennym!
– Spróbujmy rozwinąć ten wątek. Jaki jest Pański pogląd na zadziwiające zjawisko rekrutacji do polityki autorytetów polskiej nauki, która owocuje w większości przypadków katastrofalnymi rezultatami?
– Mam bardzo krytyczny stosunek do praktyki obsadzania stanowisk rządowych pracownikami nauki. Uważam, że nie każdy pracownik nauki nadaje się do pełnienia funkcji kierowniczych w rządzie, czy nawet na niższych szczeblach władzy. Powiem więcej – nie każdy profesor ekonomii nadaje się do zarządzania wyższą uczelnią. Obok wiedzy do pełnienia funkcji związanych z władzą trzeba mieć określone predyspozycje. Niezbędne jest doświadczenie zawodowe, praktyka w prowadzeniu firmy lub instytucji związanej z gospodarką. Wszyscy powinniśmy być bardziej skromni i pokorni wobec rzeczywistości gospodarczej, która jest bardzo złożona. Słowem, jeśli ktoś nie zderzył się z nią w bezpośrednim kontakcie, nie próbował prowadzić własnej działalności gospodarczej lepiej niech trzyma się z dala od jakichkolwiek funkcji decyzyjnych w aparacie państwowym i samorządowym. Każdy jest predestynowany do wykonywania określonej pracy i niech się zajmuje taką, jaka jest mu przeznaczona. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale należą one do rzadkości.
– Inteligencja z tytułami profesorskimi kwiatkiem do kożucha nadal siermiężnej władzy? Już to przerabialiśmy.
– Sami jesteśmy sobie winni. Uważam, że świat nauki jest zbyt delikatny i pasywny, podatny na manipulacje, za bardzo ugrzeczniony, mało zdecydowany. Nawet jeśli sformułuje odważne stanowisko w jakiejś istotnej sprawie, to nie jest w stanie iść za ciosem, bronić go, może z wyjątkiem sytuacji godzących w jego bezpośrednie interesy, czego byliśmy świadkami ostatnio. To bardzo smutny, ale prawdziwy obraz. Arogancja i cynizm świata polityki wobec środowisk naukowych to jedna strona medalu. Drugą jest kondycja moralna tych środowisk. Mówię o tym otwarcie, choć sam należę do tego kręgu. Powinniśmy być bardziej aktywni i skuteczni w przekonywaniu, że jeśli nie dostarczymy państwu dobrze przygotowanych kadr (a na to trzeba środków) i nie zaczniemy w ten sposób - poprzez działania o charakterze systemowym - wpływać na losy państwa i gospodarki, to nadal podstawowym kryterium rekrutacji do kręgów władzy będzie selekcja negatywna, stawianie na bezwarunkową lojalność, a nie doskonałe kompetencje. Resztę prawdy o efektach można sobie dopowiedzieć. Coś złego podziało się w środowiskach polityki, władzy państwowej, samorządowej. Można odnieść wrażenie, że każdy do wszystkiego się nadaje. To nieprawda.
– Czynnikiem warunkującym wzrost rangi polskiej nauki są jej kontakty na forum międzynarodowym. Jaką wagę przywiązuje się do tej sfery w Akademii Ekonomicznej w Krakowie?
– Tryumfy globalizacji, internacjonalizacji i integracji spowodowały, że marginalną rolę w nauce odgrywają ci, którzy działają w pojedynkę, w osamotnieniu. Dziś sukcesy odnoszą zespoły działające w układach sieciowych, z pominięciem granic państwowych. Krakowska Akademia Ekonomiczna od lat, także dzięki otwartości moich poprzedników, przykładała i przykłada wielką wagę do rozwijania międzynarodowej współpracy naukowej i dydaktycznej. Już w latach 70. nawiązaliśmy kontakty z uczelniami amerykańskimi, ze słynnym Uniwersytetem w Pittsburgu, czy Grand Valley State University w stanie Michigan. Oprócz oczywistych ówczesnych kontaktów z uczelniami państw bloku socjalistycznego nawiązaliśmy współpracę z uczelniami francuskimi i niemieckimi. To dziś procentuje, dziś mamy podpisanych około 190 umów o współpracy z uczelniami w prawie każdym kraju europejskim, na kontynentach amerykańskim i azjatyckim Jesteśmy na tym polu bardzo aktywni, podobnie jak w korzystaniu z programów oferowanych przez Unię Europejską. Jesteśmy drugą po Uniwersytecie Warszawskim uczelnią w Polsce, która wysyła na staże najwięcej, bo od 600 do 900 studentów do zagranicznych szkół wyższych, z którymi łączą nas partnerskie umowy. Chciałbym zwrócić uwagę, że wielu studentów indywidualnie stara się o staże na zagranicznych uczelniach, prosząc o rekomendacje swoich promotorów – a więc ta liczba jest jeszcze większa. Jest wielce satysfakcjonujące, że studenci AE w Krakowie należą do najlepszych – podkreślają to wszyscy nasi partnerzy w Europie i na świecie. Nie zgadzam się z opiniami generowanymi przez świat polityki i niektóre media, że w Polsce poziom kształcenia jest niski. To oczywista nieprawda. Każdy student AE zna biegle dwa języki, a w trzecim potrafi się porozumieć, ma doskonałe przygotowanie od strony teoretycznej. Jest rzeczą zrozumiałą, że może mieć trudności aklimatyzacyjne w nowym otoczeniu, ale szybko je pokonuje. Bywa, że naszpikowany wiedzą nasz student zmusza zagranicznych profesorów do sięgania po literaturę, której wcześniej nie znali.
– Trwa drenaż wykształconych kadr. Ocenia się, że od chwili wstąpienia Polski do UE opuściło nasz kraj 1 milion 200 tysięcy osób, w dużej części mających wyższe wykształcenie. Jeśli przyjąć, że średni koszt wykształcenia jednego obywatela Polski wynosi ok. 100 tysięcy złotych – straciliśmy w ten sposób astronomiczną kwotę 120 miliardów złotych. Czy ta pigułka jest łatwa do przełknięcia dla rektora jednej z najlepszych w Polsce uczelni ekonomicznych?
– Nie uciekniemy od konsekwencji wynikających z otwierania się na świat. Polska klasa polityczna powinna bardzo głośno akcentować fakt, że Polska daje Europie najcenniejszą wartość, jaką są wykształceni ludzie. Widzę tę kwestię w kontekście kształcenia w wymiarze całej Unii Europejskiej. Mnie – ekonomiście –trudno się pogodzić, że nie potrafimy zatrzymać tych kadr w Polsce. Poza pustymi deklaracjami niewiele robimy w tym celu. Mierzi mnie łączenie tego exodusu z ogłaszaniem optymistycznych komunikatów o zmniejszającym się bezrobociu. Cóż za cynizm i hipokryzja! Nie zgadzam się z opiniami, że ci młodzi ludzie nie mają szans w kraju – trzeba tylko ciągle je polepszać. Koszty pracy są w Polsce stanowczo za wysokie. Absolwenci AE w Krakowie wyjeżdżając zagranicę nie zaczynają swej kariery od zmywania naczyń. Często od razu trafiają do sektora bankowego, czy finansowego i błyskawicznie awansują. Można by tych ludzi zatrzymać w kraju, ale wiele się musi zmienić. Należy przestawić myślenie o doraźnych korzyściach na płaszczyźnie konfrontacji politycznej na racjonalne, pragmatyczne spojrzenie w ujęciu perspektywicznym. Trzeba po prostu postawić na to, by wykształceni ludzie tworzyli dzień jutrzejszy Polski – tu na miejscu. Niestety, po raz kolejny od 1990 roku nie ma żadnych powodów by przypuszczać, że ktoś wykaże taką odwagę. Przy analizowaniu powodów masowej emigracji za pracą trzeba też wziąć pod uwagę czynniki emocjonalne – jedną z najważniejszych przyczyn podejmowania decyzji o opuszczeniu kraju jest nieznośny klimat polityczny, z jakim młody człowiek musi się tutaj zmierzyć rozpoczynając swoją karierę zawodową i start w dorosłe życie.
– Coraz rzadziej mówi się o Rzeczpospolitej samorządnej. Trwa proces budowy silnego państwa. W krakowskiej AE młodzi ludzie studiują europeistykę i powołano do życia nowy unikalny w Polsce kierunek: Gospodarkę i Administrację Publiczną. Kim ma być absolwent tego kierunku? Orędownikiem jakich idei konstytuujących życie państwowe, zasad jego funkcjonowania i organizacji życia publicznego, jakich relacji – także etycznych – z gospodarką?
– Od dawna przygotowywaliśmy się do uruchomienia tego nowego kierunku studiów. Po 1990 roku zmieniano strukturę państwa, władzy. Tym procesom nie towarzyszyło równoległe kształcenie kadr umiejących skutecznie poruszać się w tej nowej rzeczywistości. W otoczeniu szkolnictwa wyższego nie było też klimatu dla tego typu przedsięwzięć. Tymczasem przykład USA, gdzie istnieje bardzo silnie rozwinięta gospodarka i administracja publiczna, podobnie jak partnerstwo publiczno-prywatne, którego w Polsce wszyscy boją się jak ognia, mógł dawać wiele do myślenia i wskazywać, że taka potrzeba jest pilna. Podjęliśmy to wyzwanie, tym bardziej, że – nawiązując do pierwszej części pańskiego pytania – w Polsce występuje powszechne niezrozumienie funkcji państwa. Na różnych szczeblach władzy znaleźli się ludzie, którym nie zawsze przyświeca idea samorządności uczciwej, rzetelnej. Dalej hołubione są skłonności do ręcznego sterowania, pysznienia się posiadaniem władzy, a stąd już tylko krok do patologii, korupcji i przestępczych praktyk. Nie ma poczucia służby, rozplenił się pogląd, że za wszystko trzeba płacić – za udział w posiedzeniach, naradach itd. Takie postawy eliminują poczucie odpowiedzialności, związek emocjonalny ze skutkami pracy w strukturach władzy. Chcemy walczyć z takim nastawieniem, ale jednocześnie wyposażać naszych studentów w wiedzę o tym jak skutecznie zarządzać tymi strukturami. Dlatego długo walczyliśmy o zezwolenie na uruchomienie kierunku Gospodarka i Administracja Publiczna, wierząc, że nasi absolwenci zaszczepieni poczuciem misji i służby będą mogli urzeczywistniać w praktyce to, co wiąże się z pojęciem władzy przedsiębiorczej: skutecznej, prawej a jednocześnie posiadające ludzkie oblicze. W ubiegłym roku Minister Edukacji Narodowej i Sportu wydał dwie zgody na uruchomienie tych studiów – AE w Krakowie i SGH w Warszawie. Zaczynamy od października. Dysponujemy dużą liczbą porozumień z jednostkami samorządu terytorialnego określających ich zainteresowanie kadrami, jakie wykształcimy. Nasi studenci już teraz odbywają tam praktyki. To pokazuje skalę potrzeb w tej sferze. Nie chcę się posługiwać tezami ideologicznymi dotyczącymi Rzeczpospolitej Samorządnej. Wbrew wszystkiemu i tak będą ją tworzyć ludzie, których teraz kształcimy w polskich uczelniach. Tego procesu nie da się bowiem zatrzymać.
– Dziękuję za rozmowę.
|