.:STRONA GŁÓWNA:.              .:CZYTELNIA:.              .:DOWNLOAD:.
W POLSCE I W ZJEDNOCZONEJ EUROPIE  

Kariera naukowa(2)

Z niektórych oszacowań wynika, że aktualnie (w 2006 roku) działalnością naukowo-badawczą zajmuje się więcej osób, niż było wszystkich uczonych na całym świecie od czasów starożytnych do końca XIX wieku. Nie pozostaje to bez wpływu na postawy naukowców wobec problemu awansu naukowego. Przyczyny są dwie. Z jednej strony sam fakt pracy naukowej przestał być czynnikiem wyróżniającym i nobilitującym. Kiedyś informacja, że się jest pracownikiem uniwersytetu wywoływała respekt i szacunek, nawet jeśli pracujący był na tym uniwersytecie pedlem. Obecnie w szkołach wyższych i instytutach badawczych pracuje więcej ludzi niż w kombinatach przemysłowych, co nie może pozostać bez wpływu na etos pracy naukowej. Po drugie – kiedyś do profesji naukowca aspirowały wyłącznie jednostki wybitne, natomiast przy takiej „masówce”, jaka ma miejsce obecnie, samo prawo wielkich liczb stwarza prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że wśród naukowców znajdą się żądne kariery miernoty – co wpływa także na ich postawy oraz zachowania.

W normalnej pracy, nie mającej nic wspólnego z pracą naukową, motywatorami, czyli czynnikami, które powodują, że ludzie wkładają wysiłek, aby osiągać kolejne szczeble awansu, są przede wszystkim pieniądze. Na drugim miejscu są ambicje związane z hierarchicznym sprawowaniem władzy. To są także ważne elementy motywujące, bo wiążą się z nimi elementy samozadowolenia danej osoby i prestiżu całej rodziny. Często lepiej czy gorzej się nazywające stanowiska są nawet ważniejsze od pieniędzy. Każdy pracownik chce być kierownikiem, każdy kierownik chce być dyrektorem, dyrektor chce być prezesem itd. Wszyscy gdzieś tam do czegoś dążą i to napędza i motywuje ich działalność. W związku z tym poza nauką ludzkie osiągnięcia, ale także ludzkie podłości, mają właściwie tylko te dwa motywy: motyw finansowy i motyw kariery administracyjnej w pewnym modelu hierarchii stanowisk.

W nauce one też istnieją, dlatego że z modelem awansu naukowego wiąże się oczywiście model hierarchii uczelnianych stanowisk oraz zmiennego wynagradzania na poszczególnych stanowiskach. Ale w nauce na to się jeszcze nakłada system stopni i tytułów naukowych, wciąż jeszcze budzących społeczne uznanie i zaufanie, który jak gdyby dodatkowo wynagradza starania w sferze ambicjonalnej oraz w obszarze uzyskiwania różnego rodzaju dodatkowych przywilejów. Słyszy się z różnych stron wiele głosów krytyki, podnoszonych głównie przez tych, którzy stopni i tytułów nie uzyskali, że tytulatura naukowa jest w Polsce nadmiernie rozbudowana, że system jest bizantyjski, że należy to spłaszczyć i uprościć, bo przecież (koronny argument!) w Stanach Zjednoczonych nie ma tak wielu szczebli naukowej kariery, a nauka rozwija się na schwał. Wszyscy jednak wiedzą, jak bardzo silna jest w Stanach motywacja (a nawet presja) związana z zachowaniem zatrudnienia w danym Uniwersytecie lub z perspektywą przeniesienia się do innego, lepszego Uniwersytetu. Wysiłek, jaki się w Stanach wkłada w to, żeby zdobyć „teniurę”, jest na pewno nie mniejszy niż wysiłek, jakiego my wymagamy od habilitanta. Tymczasem my mamy system mianowań, który powoduje, że pracownik raz zatrudniony na uczelni w praktyce nie może być z niej usunięty, nawet jeśli okaże się totalnym beztalenciem w dodatku nie zdyscyplinowanym i opieszałym w pracy. Przy tak koszmarnie nadopiekuńczym prawie pracy, jak to, które mamy w Polsce, konieczne jest wprowadzenie jakiejś zachęty, żeby naukowcy zdobyli się na odrobinę przynajmniej wysiłku w obszarze samodzielnego prowadzenia badań naukowych, co – jak wierzymy – jest warunkiem koniecznym dla dobrego kształcenia na poziomie prawdziwie akademickim. W świetle obowiązującego prawa wysiłek ten trzeba ponieść, aby uzyskać stopień naukowy albo otrzymać tytuł naukowy. Kontestującymi ten system są głównie frustraci, którzy w głębi serca też chcieliby mieć jakieś potwierdzenie własnego naukowego mistrzostwa, tylko że na ogół nie mają czego potwierdzać, więc odreagowują to narzekając na sformalizowany (lepiej czy gorzej) system tytułów i stopni.

System tytułów i stopni jest krytykowany, ale jest, więc wywiera także dodatkową presję na zaangażowanych w naukę ludzi – właśnie w kierunku „robienia kariery”. Stąd na wszystkich uczelniach (oraz w innych placówkach naukowych), a także na wszystkich szczeblach naukowej hierarchii obserwuje się dwa rodzaje motywacji i dwa rodzaje drogowskazów w wybieraniu obszarów i kierunków działalności badawczej.

Z jednej strony mamy do czynienia z podejmowaniem tematów naukowych, motywowanym tym, że są one naukowo interesujące, odpowiadają na ważne pytania lub otwierają znaczące możliwości. W dziedzinach nauk stosowanych mogą to być dodatkowo zagadnienia badawcze podejmowane z tego powodu, że są one ważne z jakiegoś dodatkowego, pozanaukowego punktu widzenia, na przykład badania niezbędne dla rozwoju gospodarczego, społecznego, politycznego itp. Takie badania przynoszą pożytek całej nauce, rozwijają cywilizację, służą dobru Ludzkości – ale często (zbyt często!) nie wiążą się z „robieniem kariery”.

Jest wiele powodów tego, że nie zawsze ci badacze, którzy w największym stopniu wzbogacili naukę, zajmują poczesne miejsca w naukowym Panteonie. Kompletne wyliczenie wszystkich powodów takiego ignorowania znaczących osiągnięć naukowych (i ich twórców) wymagałoby napisania grubej książki, więc jedynie dla porządku wymieńmy jeden z powodów, żeby zilustrować ogólną tendencję. Otóż dostrzeżenie i docenienie doniosłości jakiegoś odkrycia wymaga z reguły pewnego dystansu, perspektywy, obejrzenia go w szerszym kontekście. Właśnie dlatego tak wiele osiągnięć i dokonań naukowych zostaje właściwie ocenionych i docenionych dopiero po latach, nierzadko po śmierci twórcy, badacza ambitnego, ale niedocenianego przez sobie współczesnych. Mało kogo z młodych ludzi, zaczynających swoją ścieżkę awansu naukowego pociąga taki finał – i trudno im się dziwić!

Z drugiej strony mamy do czynienia z badaniami, dla których główną motywacją jest chęć awansu naukowego. Towarzyszy temu nagminne poszukiwanie tematów, które rozwiązują wprawdzie problemy banalne albo przyczynkarskie, jednak gwarantują łatwe i szybkie osiągnięcie pozytywnych wyników. Proponując tematy moim doktorantom zawsze spotykam się z pytaniami typu „ale czy to się da zrobić w ciągu jednego roku, bo ja nie zamierzam dłużej odwlekać początku działalności zawodowej”. Coraz częściej też pojawiają się u mnie koledzy wypytujący o tematy badań, które mogą szybko i skutecznie doprowadzić do habilitacji „bo Radzie Wydziału pilnie potrzeba kolejnego samodzielnego pracownika żeby uruchomić intratne studia w zakresie informatyki”. Jeśli nie potrafię dać doktorantowi tematu „z gwarancją” – to idzie on do innego promotora. Jeśli nie umiem doradzić koledze, czym się powinien zająć, żeby w ciągu roku wyprodukować tuzin publikacji w dobrych czasopismach, których mu brakuje do kolejnego awansu, to moja fachowość (albo moja życzliwość) jest podawana w wątpliwość.

Tymczasem w prawdziwie ambitnych zadaniach naukowych gwarancji takiej nie ma się niejako z definicji, bo każde niebanalne zadanie naukowe wiąże się nieodmiennie z nieprzewidywalnym wynikiem. Gdyby wynik był przewidywalny, to prowadzenie badań byłoby zwykłą stratą czasu i pieniędzy, bo po co odkrywać coś, co jest znane? Również czas potrzebny do zgromadzenia wymaganych dowodów naukowych na rzecz określonej tezy jest zwykle nieprzewidywalny. Przyroda zazdrośnie kryje swoje tajemnice, w badaniach humanistycznych poszukiwanie właściwego skojarzenia czy stosownego argumentu też może trwać latami, matematyczny dowód wymaga często setek prób, zanim uda się spleść przesłanki i założenia z finalną tezą. W nauce nie ma dróg królewskich!

Dlatego w pościgu za karierą naukową, mierzoną łańcuszkiem kolejno zdobywanych stopni, stanowisk i tytułów naukowych, często porzuca się tematy ambitne i ważne naukowo rezerwując swój czas i talent wyłącznie dla tematów „dysertabilnych”, co w codziennej praktyce oznacza tematy lubiane przez prominentnych przedstawicieli różnych ciał opiniodawczych. Przyglądając się jako nauczyciel akademicki, ale także jako recenzent w licznych przewodach i jako członek Centralnej Komisji zachowaniom polskich naukowców, miewam często mieszane uczucia. Dostrzegam wyraźnie opisaną wyżej dwoistość postaw zarówno młodych doktorantów, jak i tych, którzy zrobili już doktoraty i szukają swojego miejsca poprzez habilitację. Często widzę również u tych, którzy zgromadzili duży zasób osiągnięć naukowych i chcieliby uzyskać tytuł profesorski. Odnajduję ją śledząc losy i ścieżki zawodowe wielu znanych mi osób, także tych, których z szacunkiem zaliczam do moich nauczycieli.

Proszę zauważyć, że ja nie oceniam tych postaw, nie moralizuję, nie próbuję niczego ani nikogo wartościować. Po prostu stwierdzam empirycznie dwoistość modeli awansu naukowego, tak jak mógłbym wykryć dwubiegunowy charakter pola magnetycznego albo dwupłciowość obserwowanego gatunku zwierzęcia.

Podobne kompromisy pomiędzy ambicjami badacza a pragmatycznym nastawieniem na sukces wiążą się z chorobliwą pogonią za liczbą uzyskiwanych punktów za publikacje. W wyniku tego podejmuje się badania „pod” określone czasopisma, koniecznie z „Listy Filadelfijskiej”, bo ostatnio nikt nie pyta o to, czy artykuł był mądry, tylko gdzie został opublikowany. Takie badania nie pomnażają na ogół w znaczący sposób intelektualnego bogactwa Ludzkości, gwarantują jednak takim kunktatorskim badaczom szybką i bezkonfliktową karierę naukową. W sferze oceny moralnej omówionych wyżej dwóch postaw badawczych nie mamy oczywiście żadnych wątpliwości. Wszyscy wiedzą, że do prawdziwego rozwoju nauki, a w rezultacie do rozwoju Kultury i Cywilizacji, przyczyniają się głównie badania podejmowane zgodnie z pierwszym z wymienionych modeli motywacji. Natomiast karierę naukową robią zwykle ci, którzy hołdują drugiemu z rozważanych modeli. Dlatego, gdy czytam lub słucham o „modelu kariery naukowej”, to zawsze mam mieszane uczucia.

Sądzę, że dostosowując polski system badań naukowych do uwarunkowań wynikających z włączenia Polski do Unii Europejskiej, powinniśmy zadać sobie podstawowe pytanie: czy kariera, będąca oczywiście elementem awansu naukowego, powinna być traktowana jako cel czy jako skutek pracy naukowej? Zapewniam, że to nie jest łatwe pytanie i bynajmniej nie traktuję go tutaj jako pytania retorycznego. W następnym felietonie spróbuję się odnieść do tego zagadnienia nieco szerzej, przyjmując za punkt odniesienia perspektywę europejską i panujące w krajach „starej Unii” standardy i modele kariery naukowej.

Ryszard Tadeusiewicz

  Zobacz również  
Rządzić znaczy służyć | Władza (2) | Aż po uszy | Potrzeba zrównoważonego rozwoju | From... Holland? | Ekolaury PIE 2006 | Wykorzystana szansa | Mocną kobiecą ręką | Na co, dla kogo? | Współpraca transgraniczna w Polsce i Europie | Magia miejsca | Jest rzeka! | Geoinformatyka | Krystyna Bochenek: Być kobietą w polityce | Nadzieje i wyzwania | Optymizm mimo wszystko | Bezpiecznie, czysto, zdrowo | Tatrzańskie mosty | Bitwa o pozycję | Scementować znaczy polepszyć | Bielsko-Biała inwestuje | Good night and good luck! | Dylematy zarządzania | Zewrzeć szeregi | Jak przeżyć wakacje?
KOMENTARZE

SKOMENTUJ!

 

jeśli chcesz, aby Twój e-mail był aktywny usuń tekst wpisany w pole formularza

wstecz
Euroregiony Polska [53/54 2006] do góry