|
Od 42 lat Turcja puka do drzwi Wspólnoty Europejskiej. Bezskutecznie. Na przeszkodzie zawsze stał strach Zachodu przed cywilizacyjnym szokiem, jaki miałyby spowodować 64 miliony muzułmanów w chrześcijańskiej Europie. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu zdumienia wobec takich fobii, skoro od kilkudziesięciu lat takie kraje jak Niemcy (kilkumilionowa mniejszość turecka), czy Francja (podobna z byłych kolonii północnoafrykańskich) nie miały żadnych oporów, by wspierać swe gospodarki tanią siłą roboczą rodem ze świata Allacha. Kiedy słyszę argumenty przeciwko członkostwu Turcji w UE oparte na strachu przed inną kulturą i wiarą, to nasuwa mi się pytanie o przyszłość cywilizacyjną Państw Unii, które tak gorąco akcentują szacunek do jej różnorodności i afirmują potrzebę zachowania tożsamości narodowej przy dążeniu do unifikacji gospodarczej
Więc dlaczego opory niektórych społeczeństw wobec Turcji?
Skoro jeden z najbardziej katolickich krajów – Polska udziela od samego początku swego członkostwa w UE bezwarunkowego i najmocniejszego poparcia unijnym ambicjom Turcji, to wypada zapytać o rzeczywiste powody rzucania rządowi w Ankarze kłód pod nogi.
Po pierwsze Turcja, jako członek UE w myśl obecnych zasad konsumowałaby aż budżetu całej UE. To jest nie do przyjęcia dla państw, które łożą na UE najwięcej – dla płatników netto.
Po drugie Turcja jest – podobnie jak Polska – krajem proatlantyckimi jej wejście do UE znacznie wzmocniło by blok krajów stawiających w swej polityce zagranicznej także na tę – niemiłą np. Francji i Niemcom – opcję.
Po trzecie wreszcie przyjęcie Turcji do UE zmieni układ sił w samej UE, stworzy potrzebę takiej zmiany zasad rządzenia Unią, która postawi ostro kwestię, czy rządzą ci, którzy są najbogatsi czy też ci, którzy są najludniejsi. Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie może oznaczać bardzo poważne kłopoty dla samej UE jako takiej.
Referenda konstytucyjne we Francji i w Holandii jasno dowiodły, że ksenofobia i strach przed obcymi mają podłoże nie tyle kulturowe, co egzystencjalne. Zalew przez „obcych” (czemu nie stawiano tego problemu wtedy, kiedy ręce do pracy były potrzebne, bo paryżanin czy monachijczyk brzydził się sprzątać ulice?) oznacza dziś konkurencję, zmusza do wysiłku. A to społeczeństwom pławiącym się w dobrobycie jest niemiłe, bo oczywisty jest tam zanik postaw przedsiębiorczych spowodowany destrukcyjną dla indywidualnej motywacji polityką socjalną najbogatszych – jak długo? – państw UE). Więc strach ma podłoże ekonomiczne, wyzwala egoizm i k’sobność – uczucia, które ojcom Unii Europejskiej były z gruntu obce.
To my, Europejczycy, a nie Unia Europejska, przeżywamy kryzys wartości, odwracamy się od poczucia solidarności i otwartości. Piszę MY, bo tak trzeba, choć mam świadomość, że w wypadku Polski i Turcji zagrały przekonania wyrosłe na wspólnej, trudnej skądinąd, historii. Zauważmy bowiem różnicę w postawach Polaków i Austriaków jeśli idzie o przyjęcie Turcji do UE. Austriacy, mówiąc „nie” powołują się na tureckie zagrożenie, któremu w 12 września 1683 pod Wiedniem skuteczny odpór dały pod wojska austriackie, niemieckie i polskie, pod wodzą Jana III Sobieskiego. My podchodzimy do tej kwestii zgoła odmiennie. To właśnie Turcja, jako jedyne liczące się na arenie międzynarodowej państwo, nigdy nie uznała rozbiorów Polski i postrzegana jest przez Polaków z sympatią, mimo, że za członkostwo kraju znad Bosforu przyjdzie i nam płacić. Ot, odmienność kulturowa, mentalna, z której akurat MY, Polacy mamy prawo być dumni. Jacek Broszkiewicz
|