|
Piętą achillesową polskiej polityki, a w zasadzie stylu rządzenia, jest brak właściwej selekcji ludzi do wypełniania konkretnych zadań. Ostatnie wybory parlamentarne znów tchnęły nadzieję, że coś się w tej sferze zmieni na lepsze. Do tej pory wszystkie ważniejsze, ale i te mniej ważne, stanowiska w państwie, były łupem politycznym partii wygrywającej wybory. Co więcej, ponieważ „naszych”, których trzeba było nagradzać po wyborach było więcej niż stanowisk, więc grabież łupów dotyczyła także stanowisk w tych podmiotach lub instytucjach, w których państwo ma swoje udziały bądź wpływ na ich funkcjonowanie. Ciekawe, że w wyścigu do tych stanowisk bardzo często i z powodzeniem biorą udział ludzie nauki. Przy czym zastanawia przedziwna metamorfoza zachodząca w ich umysłach, a raczej mentalności. Z chwilą objęcia stanowiska w rządzie stają się oni bardziej „ministerialni” i dyspozycyjni wobec premiera i szefów innych resortów niż nominaci pochodzący ze szkół administracji publicznej, pozbawieni jakiegokolwiek zaplecza.
W przypadku ludzi nauki zaprzęgniętych w politykę można zaobserwować zjawisko odcinania się od swoich korzeni, bazy, co raczej jest rzadkie w przypadku innych profesji. Rolnik obejmujący resort rolnictwa nadal myśli w kategoriach wsi, hodowli, zasiewów, plonów, zwalczania szkodników albo zmniejszania uciążliwości pracy na roli – i w tym właśnie duchu działa. Profesorowie natychmiast po objęciu ministerialnych tek lub kierownictwa departamentów natychmiast zapominają o potrzebach swoich kolegów, laboratoriów, katedr, środowiska naukowego – i rozpatrują wszystko wyłącznie w kategoriach słuszności politycznej, lojalności wobec innych członków rządu, nadrzędnej racji stanu itd. Taka alienacja nie jest niczym złym, gdy dotyczy ludzi, których do władzy wyniosły jakieś ruchy populistyczne albo roszczeniowe. Minister pochodzący z ugrupowania, które wygrało wybory, ponieważ nawoływało do niespłacania kredytów, zniszczy gospodarkę, jeśli będzie postępował zgodnie ze swoim programem wyborczym. Inna sprawa, czy powinien był kiedykolwiek przedstawiać taki rujnujący kraj program wyborczy, ale to jest inna kwestia. Natomiast w tym przypadku podporządkowanie się racji stanu jest zasadne i godne pochwały. Natomiast przedstawiciele nauki i środowisk twórczych, które są przecież intelektualną elitą społeczeństwa i mają je ciągnąć w przód, wyrzekający się obrony znaczenia wiedzy i nauki dla rozwoju kraju i przyszłej pozycji Polski w rodzinie narodów Europy – popełniają występek znacznie poważniejszy, niż zwykłe wygodnictwo czy kunktatorstwo. Oni oszukują naród, który uwierzył w ich kompetencje, i oni sprzeniewierzają się swojej misji, godząc się na rozwiązania, o których wiedzą, że są długofalowo szkodliwe dla Polski – w imię doraźnych zysków politycznych reprezentowanego ugrupowania.
Jako profesor jestem gotów zaryzykować tezę, że profesorowie w rządzie to istna zmora. Po pierwsze, o czym wyborcy deklarujący zaufanie do uczonych rzadko pamiętają, profesorem się zostaje w wyniku osiągnięć i sukcesów uzyskiwanych w obszarze badań naukowych. Do tego potrzebne są niewątpliwie nieprzeciętne zdolności i wielka pracowitość, ale popularny wśród ludzi pogląd, że profesor w związku z tym musi być mądry we wszystkim, co robi, jest pozbawiony racjonalnego uzasadnienia. Przypuszczenie, że genialny badacz okaże się także mądrym gospodarzem i sprawnym administratorem, jest równie mało realistyczne jak oczekiwanie, że zdolny polityk będzie potrafił prowadzić badania naukowe. W jednym i w drugim przypadku potrzeba zdolności i mądrości, ale innej – a o tym często się zapomina. Po drugie profesorowie wyjątkowo łatwo ulegają argumentom na temat „wyższego dobra” albo „mniejszego zła”. Za każdym razem, kiedy ktoś spośród nas jedzie na dłużej do Warszawy, by zamieszkać w dzielnicy rządowej, łudzimy się, że coś pożytecznego uczyni dla polskiej nauki i edukacji. I za każdym razem spotyka nas zawód. Zadziwiające, jak ludzie o szerokich horyzontach, odważni w głoszeniu swoich teorii naukowych i śmiałych koncepcji – raz dostawszy się w tryby machiny rządowej, stają się jej potulnymi trybami. Tak dalece utożsamiają się z „linią partii”, że nawet nagabywani przez to środowisko, z którego się wywodzą, i proszeni o zrobienie tego, co wcześniej sami postulowali, odpowiadają: Tak, ale racje polityczne przemawiają teraz za innymi rozwiązaniami...
Sądzę, że intelektualiści w Polsce mają tęgie mózgi osadzone na słabych kręgosłupach. To sprawia, że powiedzenie o punkcie widzenia zależnym od punktu siedzenia staje się w ich przypadku wręcz groteskowo trafne. Zastanawiać musi polityczna higroskopijność naszych intelektualistów. Wykazują oni zdumiewającą zdolność do nasączania swych umysłów nie swoimi ideami, cudzą optyką, obcymi racjami i stylem myślenia, jakże odległym od wcześniejszego – odważnego, rzutkiego, światłego. Myślę, że stare wygi salonów politycznych często instrumentalnie używają ludzi nauki jako listków figowych, firmujących ich własne poczynania i grę. A profesorowie dają się na to nabierać. Politykę uprawia się bowiem często w ten sposób, że to ludzie z drugiego szeregu pociągają za sznurki, kierując zachowaniem i działaniami osobistości, które zostały wybrane do pełnienia funkcji politycznych ze względu na swój niekwestionowany prestiż, ale które okazały się pozbawione moralnego kręgosłupa. Efekty są porażające. Ileż to uznanych autorytetów naukowych zostało nadszarpniętych tylko przez to, że zostały wciągnięte w polityczne rozgrywki.
Nie mamy więc jako środowisko naukowe pożytku z naszych reprezentantów zasiadających w gremiach rządowych. I nie chodzi tu tylko o nakłady finansowe na naukę, (chociaż nimi się teraz zajmę, gdyż na tym się trochę znam), które są naprawdę na żenująco niskim poziomie. Mało kto zastanawia się nad tym, że wydatki na badania naukowe w Polsce są dziesięciokrotnie mniejsze, niż to wynika z zaleceń Unii Europejskiej i kilkunastokrotnie mniejsze niż w najbardziej rozwiniętych krajach świata. I przy takim finansowaniu nauki deklarujemy w strategicznych planach rozwoju Polski, że chcemy budować gospodarkę opartą na wiedzy i Społeczeństwo Informacyjne. Zgroza!
Problem pieniędzy na badania naukowe w naszym kraju nie zniknie tak szybko z wokandy. Po części dlatego, że nawet nasi reprezentanci w rządzie – o czym była mowa wyżej – nie potrafią nic załatwić, gdy po jednej stronie są racje merytoryczne, ale po drugiej demonstracje uliczne różnych grup zawodowych broniących swoich przywilejów. Problemu tego nie da się szybko rozwiązać po części także dlatego, że samo środowisko naukowe nie potrafi zaproponować sensownych rozwiązań w tej sferze. O ile swoboda badań naukowych powinna w dalszym ciągu być zagwarantowana, to już swobodny dostęp do publicznej kasy niekoniecznie. Zwykle jest tak, że ten, kto płaci – ten też wymaga. Tak było od zawsze, od czasów książąt wynajmujących alchemików do produkcji złota z ołowiu. Dzisiaj suwerenem wymagającym efektów pracy naukowej jest społeczeństwo, bo ono płaci w swych podatkach na rozwój badań naukowych. Reprezentantem społeczeństwa są rządzący. I oni również mają prawo wymagać od uczonych rezultatów, bo są postawieni na straży interesów tego społeczeństwa, które ich wybrało, by nim rządzili. To jest niewygodne, ale słuszne.
Tymczasem większość naukowców – zresztą wybitnych specjalistów w swoich dziedzinach – niestety nie bierze pod uwagę tego aspektu. Uczony ma taką konstrukcję psychiczną, że jest zafascynowany przedmiotem swoich badań i bez względu na pożytki społeczne, czy gospodarcze płynące z tych badań, żąda pieniędzy, żeby je kontynuować i rozwijać. Dochodzi do tego, że im bardziej ktoś jest wybitny w swojej wąskiej dziedzinie, tym większym jest zarazem ignorantem w innych dziedzinach, bo osiąganie sukcesów naukowych wymaga koncentracji i specjalizacji. Oznacza to, że wybitny ekspert na przykład w dziedzinie X (nie wymienię tu żadnej konkretnej dyscypliny, bo nie chcę nikogo obrazić) nie wie praktycznie nic o dziedzinie Y, a ponadto wie o wiele mniej, niż przeciętny obywatel o zarządzaniu i ekonomii. Gdy go zapytać, co powinno się finansować, to powie z pełnym przekonaniem, że głównie dziedzinę X. Gdy go zapytać o wartość badań
w dziedzinie Y to albo z całym przekonaniem odmówi im prawa bytu, albo odpowie wymijająco. Jeśliby zebrać wielu specjalistów z wielu dziedzin i zapytać ich, jakie kierunki badań należy rozwijać, to sumując uzyskane odpowiedzi dowiemy się, że wszystkie. Efekt jest taki, że dostają wszyscy za mało, bo po równo. Oczywiście dzieje się to kosztem konkurencyjności polskiej nauki, jej pragmatyzmu. Tym bardziej, że jej związki z gospodarką
i prywatnym biznesem, który mógłby finansować naukę finansować, jak dzieje się na przykład w USA, są wciąż nikłe. I wszystko wisi na budżecie państwa.
Obecnie tematem numer jeden dla polskiej nauki jest wprowadzenie do niej właściwego zarządzania i dobrej ekonomii. Ważne jest oczywiście, by nie sprzeniewierzać przy tym się prawdziwym wartościom, które wiążą się z badaniami naukowymi, takim wartościom jak: naukowa rzetelność, weryfikowalność osiągnięć, obiektywizm i poszukiwanie prawd o charakterze uniwersalnym. Chodzi jednak o to, by postawić na jak największą użyteczność badań naukowych, na możliwość wykorzystania ich wyników „tu
i teraz”. Sądzę więc że pod tym względem nauce polskiej przyda się przykręcenie śruby, bo to jej tylko może wyjść na dobre. Jeśli tak się stanie, to pojawi się szansa na to, że moi koledzy porzucą chęć podążania jak ćmy do ognia w kierunku rządowych posad a zajmą się tym, do czego mają powołanie, to znaczy odkrywaniem nowych faktów poprzez rzetelnie prowadzony proces badawczy. W kontekście tych uwag chyba zrozumiała jest moja obawa
o przyszłość polskiej nauki.
W czasie ostatniej kampanii wyborczej społeczeństwu obiecywano złote góry. Także w dziedzinie edukacji i nauki. Ale obecnie w związku z naszym członkostwem w UE rozliczać się trzeba nie tylko przed własnym społeczeństwem. Czas najwyższy, by rządzący, a zwłaszcza Sejm, poważnie potraktowali swoje własne deklaracje składane przecież nie tylko Polakom, ale pozostałym narodom państw UE. Bo przecież w akcie akcesyjnym do UE Polska złożyła i pod tym względem daleko idące zobowiązania, które teraz należy wypełniać. Nic więc dziwnego, że cała europejska rodzina oczekuje, by kraj nad Wisłą, zaczął wreszcie doszlusowywać do czołówki, a przynajmniej do średniaków, którym nie brakuje odwagi przeznaczać więcej pieniędzy na dziedziny, od których tak naprawdę zależy dobrobyt narodów.
Prof. zw. dr hab. inż. Ryszard Tadeusiewicz
Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie
|