|
Z prof. dr hab. Lucyną Frąckiewicz z Akademii Ekonomicznej im. Karola Adamieckiego w Katowicach rozmawia Ewa Wanacka
– Obchodziła Pani Profesor niedawno piękny jubileusz 50-lecia pracy naukowej, jest autorką ponad 600 opublikowanych prac, w tym wielu książek i podręczników, doradcą i ekspertem rządu i władz regionalnych, pracuje w licznych gremiach naukowych i znana jest jako bardzo przewidujący polityk społeczny. Proszę nam powiedzieć jak licznym będziemy narodem za kilka lat?
– Jeśli zachodzące procesy demograficzne utrzymają się lub pogłębią to Polaków będzie niestety coraz mniej. Maleje liczba urodzeń, zwiększa się udział osób starszych. Wprawdzie w stosunku do innych krajów unijnych jesteśmy jeszcze społeczeństwem młodym, mamy dużo młodzieży z ostatniej fali wyżowej, ale nie mamy... dzieci. Widać to gołym okiem w osiedlach mieszkaniowych i na ulicy. Jeśli kiedyś widywało się bardzo dużo kobiet w ciąży lub pchających przed sobą wózki z niemowlętami, to obecnie ten obraz się zmienił, widzi się coraz więcej osób starszych, podpierających się laseczkami. Badania nad przeobrażeniami demograficznymi Polski jednoznacznie wskazują na szybko postępujący proces starzenia się ludności. Jest on nie tylko konsekwencją wydłużania się przeciętnego trwania życia ludności, ale także bardzo znacznego obniżania się liczby urodzeń, który zaznaczył się od 1983 r. i nasilając się staje się wręcz niepokojący. Te procesy mogą zagrażać trwaniu biologicznemu społeczeństwa. Nie będzie prawidłowej wymienialności pokoleń. W badaniach prognostycznych rozwoju ludności kraju przewiduje się, że w okresie następnych 25 lat liczba ludności może obniżyć się do 35 mln, co oznaczałoby ubytek ponad 3 mln osób.
– Czy malejąca liczba urodzeń to tylko polska specyfika?
– Nie tylko. Problem malejącej dzietności ma wymiar globalny i stał się udziałem większości rozwiniętych krajów świata, aczkolwiek tempo dokonujących się przemian jest zróżnicowane.
– Czyli rzeczywiście nie ma wymienialności pokoleń. Wiem, że badała Pani Profesor wielokrotnie przyczyny tego stany rzeczy. W miesięczniku „Polityka Społeczna”, który wychodzi już od ponad 30 lat znajdujemy nader ciekawe artykuły na ten temat. W numerze nr 9.
z ub. roku, poświęconym polityce „dziecięcej” jest wprowadzenie i artykuł Pani autorstwa.
– Ten numer otrzymali wszyscy posłowie na posiedzenie Sejmu, jakie odbyło się 31 maja br. na ten temat. A przyczyny? Niezwykle interesujące wyniki przynosi badanie nad postawami i zachowaniami rodzinnymi oraz prokreacyjnymi młodego i średniego pokolenia kobiet i mężczyzn w Polsce przeprowadzone w 2001 r. we współpracy zagranicznej. Wynika z niego, że ponad 80 proc. respondentów mających rodzinę nie planuje posiadania kolejnego dziecka i to zarówno w miastach jak na wsi. Ciekawe, że nie ma większych różnic w zależności od poziomu wykształcenia. Opinie respondentów są bardzo symptomatyczne. Blisko 59 proc. podaje jako główną przyczynę złe warunki mieszkaniowe i brak wystarczającej liczby mieszkań, 19 proc. brak poczucia wsparcia
i pomocy ze strony państwa w zakresie wychowania, edukacji i opieki medycznej, 11 proc. obawę kobiet przed utratą pracy, na pozostałe 11 proc. składają się trudności na rynku pracy, obawa przed obniżeniem materialnego poziomu życia, kariera zawodowa, wygoda i inne.
Warto jednak podkreślić, że aż 89% przyczyn należałoby „zaadresować” do polityki ludnościowej państwa, które niewątpliwie posiada instrumenty mogące oddziaływać na kształtowanie polityki ludnościowej. Są to instrumenty prawne, ekonomiczne, zwyczajowo-kulturowe, których siła oddziaływania, aczkolwiek na ogół krótkotrwała, miała w przeszłości niewątpliwy wpływ na zwiększenie się dzietności.
– Ale obecnie ten wpływ ma przede wszystkim bezpośredni pracodawca, który nie lubi kobiet w ciąży i z małymi dziećmi.
– To prawda, ale i na to są odpowiednie instrumenty prawne i ekonomiczne.
– Obawy przed posiadaniem dziecka budzą też opinie wygłaszane w mediach przez skrajnych liberałów, że troska o dzieci, ich wychowanie i edukację, a także liczba stanowi prywatną, osobistą sprawę samych rodziców.
– Nic bardziej mylnego. Na skutek obniżania się płodności kobiet dziecko będzie tak cennym dobrem, iż państwo nawet nie chcąc, będzie musiało wspierać działania prokreacyjne jednostek i rodzin. Trwanie biologiczne społeczeństw będzie w przeciwnym razie zagrożone.
– A feminizm, moda na późne macierzyństwo, realizowanie się kobiet w karierze zawodowej itp.? Przecież to wszystko nie sprzyja prokreacji.
– Z uwagą słuchałam wystąpień arcybiskupa Zimonia, który mówił o tym w kontekście konsumpcjonizmu, życiowej wygody i wyboru wartości. Nie jest tajemnicą, że najlepszy prokreacyjny wiek kobiety to młodość, lata gdzieś do trzydziestki. Urodzenie dziecka w tym okresie ma również te plusy, że dziadkowie są jeszcze sprawni i pomocni, odchowanie dziecka to w końcu niewiele lat w stosunku do całego życia. Wiek studiowania wydłużył się, można je kontynuować lub podejmować po paru latach lub łączyć z macierzyństwem przy partnerskim modelu małżeństwa. Z życiowego punktu widzenia każdy wie, że w młodym wieku łatwiej podołać nawet dużym obowiązkom. Są to sprawy oczywiste.
Dodam, że każda epoka stawia rodzinie i kobiecie inne zadania. W przeszłości bezdzietność oznaczała nieprzydatność społeczną, generowała swoistego rodzaju wykluczenie z tworzenia kapitału rodzinnego. Dzisiaj nie przymusza się tak wyraźnie kobiet do realizacji zadań prokreacyjnych jak to miało miejsce w poprzednich epokach. Dzisiaj zmniejsza się ilość zawieranych małżeństw natomiast wzrasta ilość rozwodów. Równocześnie obserwuje się wzrost kohabitacji, układów partnerskich niezalegalizowanych prawnie, a także pewnego rodzaju modę na życie samotne (singiel). Ta forma samotności, bardzo rozpowszechniona w krajach zachodnioeuropejskich dotyczy często ludzi zamożnych, poświęcających czas na pracę zawodową czy artystyczną, niechętnych małżeństwom. Ta moda dociera i do nas. Wzrasta ilość samotnych panien i kawalerów. We wszystkich krajach cywilizowanych zmniejsza się także płodność kobiet. Dla pełniejszego obrazu trzeba dodać, że u nas rodziny wielodzietne, mające troje i więcej dzieci występują głównie wśród kobiet o bardzo niskim poziomie wykształcenia. Im ten poziom jest wyższy, tym rzadziej występuje wielodzietność. Badania wykazują, że 70 proc, rodzin wielodzietnych znajduje się w wyjątkowo trudnej sytuacji materialnej.
– Te dane szokują. Czy rządzący wysłuchują opinii naukowców?
– Na ogół tak. Ja nie lubię pisać do szuflady. Uczestniczę w różnych gremiach, prowadzę badania naukowe i je publikuję, w wielu sprawach występuję w charakterze eksperta, doradcy rządu, samorządu regionalnego, mam rozliczne kontakty w kraju i za granicą, wychowuję studentów na dobrych polityków społecznych, którzy z pewnością podniosą na wyższy poziom nasza politykę społeczną tym bardziej, że wyjeżdżają na roczne studia za granicę i wracają z głowami pełnymi pomysłów, jednym słowem pracujemy dla przyszłości. Politycy znają sytuację. Alarmujemy o niej. Media również. Sądzę, że ta trudna problematyka, łącząca się przecież również z narastającym wyżem osób starych, co stanie się niewiarygodnie skomplikowanym problemem ekonomicznym, społecznym, medycznym, nie będzie jedynie pożywką dla haseł wyborczych. Natomiast stanie się długofalowym planem państwa dla wszystkich opcji politycznych, gdyż chodzi o podstawy rozwoju narodu. Bywałam za granicą, zwłaszcza w podobnych do Śląska regionach jak Nord-Pas de Calais czy Zagłębie Ruhry, badałam jak tam rozwiązano lub nadal rozwiązuje się problemy, z którymi my się borykamy. Warto upowszechnić stosowane w innych krajach zachęty do prokreacji, formy pomocy dla rodziny i ludzi starych. Ale tam czyni się to od lat a my dopiero rok jesteśmy w Unii Europejskiej. I musimy się uzbroić w cierpliwość.
– Dziękuję za rozmowę.
|