|
Wybory za nami. Jednak ich wynik i programowo-personalne spekulacje z nimi związane są dziś istotą refleksji, jakie nasuwają się po całym tym medialno-marketingowym zamieszaniu. Żyjemy tu i teraz i oczywiście świadomość tych faktów kształtuje nasze obecne myślenie i postrzeganie rzeczywistości. Już nikt nie ma złudzeń, co do tego, że wszystkie przedwyborcze obietnice zostaną zrealizowane. Coraz więcej spośród nas wie, że raz na cztery lata uczestniczy w swoistej grze, która jednych bardziej wciąga, innych zaś zupełnie nie interesuje. To w demokracji normalne. Mimo szerokiego i reprezentaty-wnego dla Polski spektrum partii i programów ponad połowa rodaków do urn nie poszła. To wynik, za który odpowiedzialni są rządzący i zajmujący się polityką w ostatnim 25-leciu. Rządzący są daleko od swoich wyborców także i w Polsce.
Wahadło nachyliło się ponownie
w prawą stronę. I to równie mocno jak poprzednio w stronę lewą. Interesujący się polityką i uczestniczący w wyborach szukają rozwiązań, które dla Polski będą najlepsze niezależnie od formalnych podziałów na lewicę i prawicę. I z tymi ludźmi należy budować normalny kraj, sprawnie zarządzany przez uczciwych ludzi, mający dobre stosunki z sąsiadami i biorący aktywny udział w europejskim i globalnym wyścigu.
Warto jednak właśnie po akcie wyborczym, po którym wszyscy wracamy do swych normalnych zajęć
i codziennej szarpaniny, przystanąć na chwilę i zastanowić się nad osadzeniem siebie, tych 38 milionów ludzi w pewnym kontekście historycznym, w perspektywie czasu i nauk płynących z dotychczasowych doświadczeń.
Wiadomo, że polskie drogi to szlak prowadzący do wolności. Dziś mamy ją, choć jest niedoskonała i szczerbata. Ale jest. Traciliśmy ją jako naród stopniowo i kilkukrotnie i odzyskiwaliśmy też na raty: w 1918, 1945, 1980 i 1989. W różnych – mniej lub bardziej tragicznych wymiarach i ograniczeniach. Niedługo, bo w 2018 będziemy obchodzili stulecie odzyskiwania niepodległości. To prawie za chwilę i sądzić należy, że trzy pełne pokolenia to dosyć. Mamy wolność i jest to dla nas obecnie normalne. Do tej pory szło o hamletowskie być, albo nie być. Dziś już chodzi o to JAK BYĆ?
Te historyczne klamry mają jednak przemożny wpływ na nasze „tu i teraz”. Niedawno obchodzono 25. rocznicę powstania „Solidarności”. Ćwierć wieku, zaledwie czwarta część naszych wiekowych zmagań, a ileż dewaluacji, rozczarowań, zawodu, które wcale nie tonęły w powodzi wielkich słów i światowej charyzmy zaproszonych gości. Te uczucia były i są ważne, bo dowodzą, że zaczynamy się uczyć na własnych błędach, wyciągać wnioski, dostrzegać sprawy zaprzepaszczone, ale też dostrzegamy to, co należy poprawić, wyprostować.
Paradoksem demokracji jest jednak, że – jak dowodzi najnowsza historia – klasa polityczna, zależna od woli większości, słabo zorientowanej w sprawach państwa i gospodarki, jest emanacją tej większości. Mimo więc dość powszechnej woli zasadniczych zmian i wiedzy o tym, że potrzebne są przedsięwzięcia na wielką skalę, by pchnąć kraj do przodu – to liczenie się z populistycznie nastawionym elektoratem prowadzi do tego, że ciągle aktualne jest przysłowie „Mądry Polak po szkodzie”. Polskie rządy, mimo, że nasycone w każdej opcji intelektualnie ludźmi z najwyższej półki są mało skuteczne i wręcz sparaliżowane. Z wyjątkiem kilku przypadków brakło nam w ostatnim 15-leciu ludzi u steru na tyle zdeterminowanych, by przeprowadzić – nawiązując do tytułu tego tekstu – chociażby fundamentalne z punktu widzenia interesów państwa i obywateli przedsięwzięcia. Nie znalazł się nikt, kto byłby zdolny postawić wszystko na jedną kartę, tak jak premier Margaret Thatcher w kwestii podatków i prywatyzacji i przeforsować swoje plany, nawet za cenę politycznej banicji lub wykluczenia z życia publicznego. Nie znalazł się nikt na tyle odważny i skuteczny, by pociągnąć za sobą swoje zaplecze polityczne i w ten sposób przeforsować sprawy naprawdę ważne dla kraju. Dlaczego? Ponieważ w Polsce nie ma akceptacji dla pojęcia „służba”. To cena transformacji, w której tkwimy i tkwić będziemy jeszcze jakiś czas. Do rządzenia nie ciągną ludzie na tyle światli i zamożni, by nie musieć wikłać się w drobne geszefty, korupcję i układy. Ale na nich przyjdzie jeszcze czas. Ważne, by był on jak najkrótszy.
Do tej pory za rządzenie brali się ci, którzy z reguły nie byli do tego należycie przygotowani. Znamienne jednak, że system demokratyczny prowadzi do stopniowego wykluczania społecznego poparcia dla braku kompetencji. Ludzie też dostrzegą, że populizm i obiecywanie gruszek na wierzbie są wbrew ich interesom. Normalniejemy. Dużo nam jednak brakuje. Proste porównanie. Na zachodzie Europy elity gospodarcze są w nieustannym natarciu, to one dyktują tempo rozwoju, starają się mieć – z różnym skutkiem – wpływ na urządzenie państw w sferze ekonomicznej, wymuszają ustanowienie jasnych, przejrzystych i stabilnych reguł. Mają wpływ na politykę zagraniczną korzystną dla gospodarki ich kraju. I ciągną cały ten kram do przodu. W Polsce słaba klasa wyższa i średnia jest nadal w nieustannej defensywie, broni się przed presją socjalną, postsocjalistyczną mentalnością milionów. Mimo, że sektor prywatny wytwarza decydującą część dochodu narodowego...
Paradoks historyczny polega na tym, że mniejszość, która pracuje na dobrobyt po 16 godzin na dobę jest często oskarżana przez populistycznie nastawioną większość. Biznesmeni pokroju Kluski od Optimusa, natchnięci poczuciem misji i dobrą wolą, są gnębieni zarówno przez przesiąknięty odpowiednimi postawami państwowy aparat ekonomicznego przymusu, jak i powszechnie odsądzani od czci i wiary tylko z tego powodu, że w wyniku swej pomysłowości i ciężkiej katorżniczej często pracy, mają więcej.
W tym miejscu zastanowić się wypada nad pojęciem, które ma w Polsce mocno wytartą gębę, nad istotą patriotyzmu. Interesujące, że posługują się nim przede wszystkim ci, którzy nie mają nic lub niewiele. Im patriotyzm kojarzy się zwykle z janosikowym odbieraniem bogatym i dawaniem biednym czyli sobie. Jeśli więc dziś zastanawiamy się nad nadchodzącymi czterema latami nowych rządów to warto pomyśleć
i o rzeczy następującej. Czy w naszym kraju jest coś takiego jak etos człowieka pracy, który potrafi dać ją innym? Czy przedsiębiorca, którego zdolności intelektualne i organizacyjne powodują, że ludzie mają zajęcie i zarabiają pieniądze, to człowiek godny podziwu i naśladowania? Biorąc rzecz na logikę – cały system powinien być nastawiony na rzeczywiste popieranie przedsiębiorczości, na uczynienie z niej wręcz świętości. System ten powinien być odporny na propagandowe mistyfikacje i kłamstwa, które wiele światu biznesu obiecują, po czym i tak wszystko toczy się utartym torem. Jeśli ktoś zapowiada niższe podatki, to niech je wprowadza. Niech poniesie ryzyko związane z odpowiedzialnym sprawowaniem władzy, co przedkłada się w dotrzymywaniu obietnic. Ludzie pracy najemnej nie są aż tak głupi, by nie rozumieć, że rzucanie kłód pod nogi ich pracodawcom bije w interesy najszerszych mas.
Ci, którzy teraz po władzę sięgają,
a także ci, którzy po nich nastąpią, powinni wyprostować te polskie drogi. To wielka szansa na dokończenie zaczętej przed 15 laty roboty. Teraz już nie można sobie pozwolić na kolejne kompromitacje. Nie możemy mieć 18% bezrobocia
i okupować ostatnie miejsca europejskich statystyk. Nie za bardzo też – szczerze mówiąc – jest to możliwe, bo na nasze poczynania patrzy nie tylko 38 milionów rodaków, ale też 400 milionów Europejczyków z Unii.
Siła państwa tkwi w rozumnym jego urządzeniu, takim, które dając ludziom wolność, potrafi ją wykorzystać ku ogólnemu pożytkowi. Państwo powinno być niewidoczne, tak jak dobry reżyser, który daje zagrać aktorom i w ten sposób wydobywa drzemiące w nich talenty. A wtedy publika pcha się drzwiami
i oknami, bo spektakl jest po prostu dobry. W wymiarze gospodarki nie zawadzi wspomnieć, że bilety są drogie, a mimo to każdego na nie stać. Pamiętajcie też wszyscy Rządzący
o tym, że najpierw należy towary i usługi wytworzyć i sprzedać w kraju i za granicą, a dopiero później nadwyżki finansowe z różnych obszarów zgodnie z prawem i sprawiedliwie rozdzielić stosownie do strategii korzystnej dla dalszego rozwoju naszego kraju.
Piotr A. Wrzecioniarz*
*Autor jest pracownikiem naukowym i profesorem Politechniki Wrocławskiej, przewodniczącym Kapituły Dolnośląskiego Certyfikatu Gospodarczego, prezesem zarządu TÜVPOL Sp. z o.o. (www.tuvpol.pl).
|